Zygmunt Karwacki

Garncarstwo | Gmina Białośliwie | Twórcy

 

Lepienie garnków miał w genach. Garncarzami byli jego pradziadek, dziadek i ojciec. Trzech jego stryjów posiadało zakłady garncarskie na Mazowszu, natomiast ojciec, choć pracował na lotnisku w Modlinie, po robocie chodził do domu babci. Tam w zakładzie garncarskim po dziadku zdejmował mundur i zabierał się za lepienie garnków oraz cierpliwie przekazywał synowi tajniki tego rzemiosła. I tak Zygmunt Karwacki już jako czterolatek próbował swoich sił przy garncarskim kole. Kiedy miał siedem lat, spod jego dłoni wyszedł pierwszy garnuszek.


Po ślubie młodzi Karwaccy przenieśli się do Wrocławia. Pan Zygmunt pracował tam jako kierowca, jeździł po Europie. Na lepienie w glinie nie było czasu. Dopiero po przeprowadzce do Kwidzyna wrócił do garncarstwa. Zamówień mu wtedy nie brakowało. Miał je z Gdańska, Gniewu oraz z zamku w Malborku, dla którego robił kopie dawnych naczyń. Mimo to dał się namówić szwagrowi na przeprowadzkę do Białośliwia. Stąd pochodziła jego żona, córka rolnika. Ale do ziemi go nie ciągnęło. Został listonoszem, a po pracy siadał do koła, by zanurzyć dłonie w glinie.


Dopiero na emeryturze miał więc dużo czasu, by oddać się swej pasji. Garncarstwo traktował jako hobby, ale w związku z modą na ekologię produkował doniczki na masową skalę, co przynosiło profity finansowe. Jakie? Tego pan Zygmunt nie wiedział, kasę bowiem trzymała silną ręką jego żona.


– Garncarstwo, choć to jedna z najstarszych umiejętności, jaką posiadł człowiek, wymaga wiedzy, zręczności i talentu. Zanim usiądzie się do pracy przy kole, glinę należy odpowiednio przygotować, potem ją ubić drewnianym młotem w pień, przypominający kopiec siana. Następnie ten pień zestruguje się po kawałku specjalnym strugiem. Te skrawki zbiera się i kłusuje na stole (czyli urabia jak ciasto) do uzyskania jak największej elastyczności, by łatwiej było formować glinę na kole i żeby pozbyć się z niej pęcherzyków powietrza. Na koniec trzeba rozwałkować ją na odpowiednią grubość w zależności od tego, co zamierza się z niej zrobić – opowiadał swym gościom.


Palce pana Zygmunta potrafiły z kawałka gliny wyczarować prawie wszystko: po kilku minutach powstawały wazoniki, doniczka, garnek. Pojawiały się też dzbany do żurku, garnki do kiszonych ogórków, misy do robienia zsiadłego mleka i inne, rzadko już dziś używane naczynia.


W pracowni przy domu było gorąco. Na środku stał piec, w którym wypalało się naczynia. Temperatura sięgała w nim nawet tysiąca stopni Celsjusza. Na półkach na wypalenie czekały gotowe wazony. Pan Zygmunt miał przygotowaną glinę, brał podkładkę, którą zakładał na koło i uruchamiał je. W domu garncarz używał mechanicznego koła, natomiast na pokazy zabierał tradycyjne, napędzane nogą.


Swój rękodzielniczy dorobek pan Karwacki ośmielił się ujawnić dopiero kilka lat temu. Nawiązał kontakt z LGD „Krajna nad Notecią”, która przejęła nad nim pieczę. Prezentował swój ginący zawód w przedszkolach, szkołach, na festynach i dożynkach. Prowadził warsztaty w skansenie w Osieku nad Notecią i w pilskiej Leader School, miał też wystawę w Muzeum Okręgowym w Pile.


Pokazując swój rękodzielniczy kunszt, zachęcał – zwłaszcza młodzież – by rozsmakowała się w garncarstwie.
W trakcie prac nad tym wydawnictwem Zygmunt Karwacki nagle zmarł. Pozostawił po sobie wspaniałe dzieła sztuki garncarskiej i pamięć o jednym z ostatnich mistrzów tej profesji.

Skip to content